Magazyn Światłoczuły

fotografia testy chwile…


MAGAZYN ŚWIATŁOCZUŁY#analogiem04

Testy aparatów

Rollei 35 AF — legendarny aparat od nowa…

W historii fotografii analogowej niewiele konstrukcji zasłużyło na miano legendarnych w tak krótkim czasie, jak Rollei 35. Gdy w 1966 roku na Photokinie w Kolonii Heinz Waaske zaprezentował swój projekt, świat ujrzał najmniejszy pełnoklatkowy aparat 35 mm, jaki kiedykolwiek zbudowano. Przez kolejne dwie dekady seria ta stała się ikoną, a łączna produkcja przekroczyła dwa miliony egzemplarzy. W 2024 roku firma MiNT Camera pod marką Rollei postanowiła wskrzesić tę legendę w zupełnie nowej postaci – jako Rollei 35 AF. To nie mere reissue. To radykalna reinterpretacja filozofii kompaktu.

Rollei 35 AF — legendarny aparat od nowa…
Rollei 35 AF — zdjęcie własne

O tym aparacie marzyłem od lat. Serio. Oglądałem go w internecie wiele, wiele razy – klasycznego Rollei 35 z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Miałem już prawie kliknąć „kup teraz” przy jakimś ładnym egzemplarzu z lat siedemdziesiątych, ale nagle pojawiła się okazja nabycia nowego wypustu – właśnie Rollei 35 AF w wersji srebrno-czarnej. Mój portfel zapłakał- sprzedający ustalił cenę na 2700zł z przesyłką. I… kupiłem.

Czy współczesna produkcja dorównuje temu, co produkowano pół wieku temu? Czy to naprawdę kompakt na co dzień – do kieszeni, do fotografii ulicznej, do rodzinnych kadrów, do wszystkiego, do czego mały analogowy aparat miał służyć? Jak z nim się pracuje, jak działa i czy warto wydać na niego niemałą kwotę? O tym właśnie będzie ten wpis.

Trochę historii, bo bez tego ani rusz

Klasyczny Rollei 35 pojawił się w 1966 roku. Zaprojektował go Heinz Waaske.Na targach Photokina R35 zrobił furorę – był wtedy najmniejszym pełnoklatkowym aparatem na film 35mm. Produkowano go długo, najpierw w Niemczech, potem w Singapurze, powstało prawie dwa miliony sztuk. Metalowa obudowa, chowany obiektyw, strefowe ostrzenie. Solidny, niezawodny, legendarny. Używała go nawet królowa Elżbieta II.

Królowa Elżbieta II fotografująca aparatem Rollei 35
Królowa Elżbieta II fotografująca Rollei 35 – licencja Alamy

Przez te wszystkie lata powstało kilka ważnych wersji. Oryginalny model z lat 1966–1974 miał obiektyw Tessar 40 mm o jasności f3.5. Kiedy w 1974 roku pojawił się jaśniejszy Sonnar 40 mm f/2.8, nazwano go 35S, a poprzedni przemianowano na 35T. Pod koniec dekady wyszły jeszcze 35TE i 35SE – te same obiektywy, ale z pomiarem na diodach w wizjerze zamiast klasycznej igły. Były też tańsze modele: B35 z prostszym obiektywem Triotar i C35 bez światłomierza. Wszystkie klasyczne łączyło to samo: chowany obiektyw, ustawianie ostrości na skalę odległości, solidna metalowa konstrukcja i waga około 370–400 gramów. Później, w latach dziewięćdziesiątych, pojawiały się jeszcze limitowane serie pod nazwą Classic.

Nowa wersja to już zupełnie inna historia. Wyprodukowała ją firma MiNT z Hongkongu pod marką Rollei w 2024 roku. Wygląda podobnie, ale w środku jest zupełnie inaczej: laserowe automatyczne ustawianie ostrości LiDAR (Light Detection and Ranging) , automatyczna ekspozycja, wbudowana lampa błyskowa, mały wyświetlacz na górze. Korpus to mieszanka metalu i tworzywa, obiektyw w nowej wersji już się nie chowa w body.

Jak wygląda i jak jest zbudowany

Rollei 35 AF — widok z przodu, bez tła
Rollei 35 AF — zdjęcie: materiały prasowe

Wziąłem do ręki srebrno-czarny egzemplarz i od razu poczułem, że to ładna rzecz. Srebrno-satynowy korpus z czarnym tworzywem imitującym skórę. Kompaktowy, choć trochę większy od oryginału. Waży około 242 gramów bez baterii – z baterią i filmem nadal jest lekki i spokojnie wchodzi do kieszeni kurtki.

Obiektyw stały, 35mm, jasność f2.8, pięć szklanych soczewek. Ostrość od 70 centymetrów do nieskończoności. Na górze mały okrągły wyświetlacz, pokazujący licznik klatek, czułość filmu – pomaga przy ustawianiu ekspozycji. Dźwignia naciągu filmu po lewej, tył zdejmowany. Zasilanie jedną baterią litową typu CR2. Wymiary: 104 na 75 na 56 milimetrów.

Rollei 35 AF trzymany w dłoni — widok z tyłu
Rollei 35 AF — widok z tyłu — zdjęcie własne

Ustawianie czasu naświetlania i wartości przysłony jest zrealizowane trochę inaczej niż w klasycznych aparatach, które znasz. Wybiera się dwoma kółkami – po lewej i po prawej stronie. Jedno z nich odpowiada za czas, drugie za przysłonę. To samo wielu może zdziwić wybór materiału: czy fotografujesz na czarno-białym, kolorowym, czy na slajdzie. To tylko mały wskaźnik-przypominacz, ale ciekawa opcja.

Jak się z nim fotografuje

I tu zaczyna się prawdziwa zabawa. Lekko wciskasz spust – LiDAR mierzy odległość, zielona dioda potwierdza ostrość, pełne naciśnięcie – klik. W trybie automatycznym (priorytet przysłony) prawie nic nie trzeba robić. Ustawiasz przysłonę, aparat dobiera czas. Można też wszystko ustawić ręcznie. Jest też kompensacja ekspozycji o plus lub minus jeden / dwa stopnie.

Na ulicy, na spacerze, przy rodzinnych zdjęciach działa naturalnie. Lekki, nie ciąży, łatwo go wyjąć i schować. Ostrość ustawia się szybko na większość obiektów, choć przy bardzo skomplikowanych scenach albo blisko minimalnej odległości czasem trzeba uważać. Lampa błyskowa pomaga w pomieszczeniach, ale ma ograniczony zasięg – mniej więcej trzy i pół metra przy otwartej przysłonie.

Zdjęcia wychodzą ładne. Ostre, z dobrym kontrastem. Przy pełnym otworze trochę miękko na brzegach i lekkie winietowanie, ale po przymknięciu do 5,6 czy 8 robi się bardzo porządnie. Ma swój charakter – nie jest to sucha, kliniczna ostrość, tylko coś przyjemnego do oglądania.

Ładowanie filmu wymaga chwili przyzwyczajenia – tył zdejmuje się, lider trzeba dobrze założyć. Naciąg dźwigni jest dość długi i czasem czuć opór. Przewijanie też wymaga trochę siły. Po kilku filmach człowiek się przyzwyczaja i przestaje to przeszkadzać.

Co bym poprawił

Na pewno zastanowiłbym się nad osłoną obiektywu. Nie trzyma się zbyt dobrze i nawet w dobrej fotograficznej torbie, a już przede wszystkim w kieszeni kurtki potrafi spaść. Dokupienie takiego dekla to również spory wydatek. Zastosowałbym jakieś magnetyczne rozwiązanie mocowania – z tego, co czytałem (choć info niepotwierdzone), podobno już takie rozwiązanie się pojawiło w nowej serii.

Druga rzecz: z racji wbudowanej lampy błyskowej pozbawiono go stopki do mocowania zewnętrznej lampy, która w oryginalnych modelach znajdowała się zazwyczaj na spodzie aparatu. Wyglądało to trochę karkołomnie – żeby zrobić zdjęcie z lampą, trzeba było odwrócić aparat o 180 stopni – ale jednak było. Przywróciłbym taką stopkę gdzieś w okolicy gwintu na statyw.

To wszystko. Poza tym to naprawdę ciekawy i bardzo funkcjonalny aparat.

Czy warto?

Aparat nie jest tani, tak jak napisałem na początku tego wpisu. (cena Lipiec 2026 od 386 Euro za zmęczony egzemplarz do 999 Euro za sklepowy stan w pudle nie używany. Natomiast egzemplarze z epoki w Polsce znajdziesz od 800zł do 4000 zł – totalna wolna amerykanka☺)

Czy nowy wyspust wart jest swojej ceny ? – Zdecydowanie nie, ale…

Zastanawiając się nad wyborem jednego aparatu analogowego, bardzo długo zastanawiałbym się, czy to akurat ten. Chyba że moim pragnieniem byłoby posiadanie pięknego, designerskiego aparatu – klasyka w swoim temacie, który nie dość że ładny, to jeszcze w pełni funkcjonalny, wykonujący bardzo dobrej jakości zdjęcia.

Ale gdybym stał przed wyborem pierwszego aparatu analogowego, na pewno Rollei 35 AF nie byłby moim pierwszym wyborem. Ceny tych z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych trzymają się nieźle, szczególnie na aukcjach internetowych są dosyć wysokie. Nowy wypust to już naprawdę spory wydatek. Za tę kwotę znajdziesz wiele ciekawych aparatów, być może nie tak małych jak ten Rollei, ale funkcjonalnych i robiących dobre zdjęcia.

Dla geeka aparatowego, zanurzonego w fotografii analogowej tak jak ja, to coś, co musiałem mieć… no więc mam.

Jeśli szukasz małego aparatu na film, który bierzesz ze sobą zawsze, robisz nim zdjęcia uliczne, rodzinne, podróżne i nie chcesz się bawić w zgadywanie odległości, Twój portfel akceptuje fanaberie – warto rozważyć. Nie zastąpi oryginału z lat siedemdziesiątych. Ale jako codzienny towarzysz sprawdza się zaskakująco dobrze. Zrobiłem nim kilka filmów i ciągle chce mi się brać go ze sobą. A to już coś znaczy.


Kategorie: TestyTesty aparatów
Tagi: